Szyb Karol

Kochany pamiętniczku!

Przy okazji pożaru dachu naprzeciwko mojego bloku wykonałem fotografię, na której widać wieżę szybu Karol po byłej kopalni Kazimierz-Juliusz. Miewałem przebłyski, że powinienem zrobić ‚na pamiątkę’ lepsze zdjęcia, ale z braku czasu pomysł nie wypalił. Aż pewnego dnia Dziewczyna poinformowała mnie, że wieżę zlikwidowano. Żyletki! Obejrzałem rozpaczliwy film. Łza zakręciła się w oku i wkurwiłem się. Kolejna pamiątka, lokalny zabytek poszedł się srać. Na ‚konkurencyjnym’ Śląsku niektóre obiekty się zostawia i można na nich zarabiać.

Symbol obecności polskiego przedsiębiorstwa pod zaborami, pracy robotników, ich chęci do życia, pragnień zrównany z błotem po 105 latach. Wieża szybu Karol podzieliła los wieży Juliusz. Wyprodukowana u Fitznera-Gampera w 1913 r., obsługiana przez maszynę AEG z Berlina z 1912 roku. Sam szyb drążony w l. 1907-14.

Co czuję? Nerwy… oby tylko przekuć to w jakiś efekt…

Reklamy

Szlacheckie dziedzictwo Polaków…

… upatruję w typowej dla Nas nieodpartej chęci wypowiedzenia się na każdy temat, nawet jeśli ich wiedza jest znikoma, mała lub w najlepszym razie niepełna, a coraz częściej nawet wtedy, gdy nie mamy swojego zdania. Innymi słowy, prościej mówiąc: mielimy ozorami, zamiast postępować zgodnie z własnym sumieniem, a także własnym interesem.

Poza tym wiele razy zastanawiałem się, jakby to w naszym kraju było, gdyby Pierwsza Rzeczpospolita (Obojga Narodów) nie upadła, a jej prawne dziedzictwo obowiązywałoby do dzisiaj. Czy mielibyśmy tak interesujący system prawa jak np. w Królestwie Wielkiej Brytanii, czy może wcześniej czy później w związku z „rewolucją francuską” polskie masy chłopskie poderwałyby się do kos, wymierzając szlacheckiej części społeczeństwa sprawiedliwość we własnym rozumieniu?

Odpowiedź na legalną zagwozdkę przyniósł mi Rafał Ziemkiewicz występujący w cyrku propagandowym tj. reklamie dla tych naszych polskich „wypowiadaczy”, aby wypowiadali się w barwach wolnościowców (do których sam siebie wliczam). Cyrk zorganizowany na potrzeby – i to jest ważne – uświetnienia rocznicy odzyskania niepodległości 7 października 1918 roku. Oddaję zatem głos Rafałowi Ziemkiewiczowi.

Widać wobec tego, jak daleko padło jabłko naszej dzisiaj obowiązującej praworządności ustrojowej od tej, która zrodziła się bezpośrednio po zawierusze rozbiorowej trwającej z przerwą napoleońską od 1795 roku… 7 października 1918 roku – jako główny wątek, i nitka historii której należy się trzymać. Z całą mocą i całym sercem to popieram. Jako ciekawostkę przypomnę w tym miejscu, że z podobnych przyczyn w konkursie Centralnego Urzędu Planowania na nowy system podatkowy ogłoszony w 1989 roku Janusz Korwin Mikke zaproponował system oparty na oblorze, podymnym, łanowym i pogłównym. Komunistyczny Centralny Urząd Planowania przyznał mu Pierwszą Nagrodę.

Natomiast zamykając wątek odziedziczonej szlacheckiej mentalności wypada mi zwrócić uwagę na komentarze pod wpisami np. na facebooku; tych na innych portalach już w ogóle nie czytam. Uwielbiamy komentować, wyrażać swoje zdania, rzucać populistyczne hasła, małostkowo się wykłócać. No wypisz wymaluj zachowanie szlachty opisywane szeroko w różnych książkach od Nieznanego Księcia Poniatowskiego Mariana Brandysa po Zygmunta Augusta Eugeniusza Gołębiowskiego. Fakt faktem wzmocnienie tej cechy oferują „osiągnięcia” nowoczesności, ALE czy powinniśmy ulegać naszym negatywnym skłonnościom? Więc czytam komentarze pod wypowiedzią Rafała Ziemkiewicza: uwagi, zastrzeżenia, obiekcje, wypominki… a ciekawe czy wszyscy postąpią według swoich sumień, i czy nie porusza ich ta legalna nitka.

A może sobie sam zaprzeczam? Z jednej strony piętnuję nowoczesne szlacheckie sobiepaństwo, a z drugiej pragnę powrotu do szlacheckiego dziedzictwa prawnego pierwszej Rzeczpospolitej. Może, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że koncepcja wolności obywatelskiej, równości wobec prawa to cenne wartości. A to akurat szlachta w Rzeczpospolitej uznawała za świętości z tym, że zarezerwowane wyłącznie dla swojej „szlacheckiej braci”.

I na zakończenie jeszcze jedna uwaga. Pierwszą inspiracją do myśli o prostym powrocie do tradycji niekoniecznie szlacheckiej, ale przede wszystkim przedrozbiorowej RP była książka Pakt Piłsudski-Lenin. Dlaczego powrót tam a nie gdzieś indziej? Ponieważ mam przeczucie, że stosunki feudalne w niczym nie przeszkadzają w rozwoju kapitalizmu, wolności wszystkich obywateli danego państwa, ich równości wobec praw takich jak wolność wyznania, zamieszkania, obowiązek dotrzymywania warunków umów cywilno prawnych. W niczym to nie przeszkadza, a pozwala zapomnieć o naprawdę przykrych i tragicznych doświadczeniach II RP i konsekwencjach dyktatury Piłsudskiego kilka lat przed i po jego śmierci do 1939 r. Pozwoli odżyć czymś innym niż tragediami września 39, okupacji, dewastacji przez sowietów od 44 roku, a na koniec drenażu komunistycznym trwającym nie wiadomo czy nie do dziś…

Nie idę na wybory…

… , bo nie mam na kogo głosować. Usłyszałem podczas porannej rozmowy. Nie mam czasu się interesować co kto ma w swoim programie wyborczym. No to może jednak masz na kogo głosować, ale nie chce Ci się ruszyć dupy i zadbać o własne interesy? Jaki mam interes w głosowaniu na kandydata, który i tak może nie uzyskać mandatu? Warto sobie przypominać o tym żywotnym interesie…

Niech (naturalnie tylko hipotetycznie) tuż przed wyborami wydarzy się katastrofa, w której ginie kilkadziesiąt osób piastujących najważniejsze stanowiska w państwie jako ustroju politycznym. Dodajmy nieco pikanterii i przyjmijmy wprost, że przyczyną  katastrofy było celowe działanie obcych służb specjalnych. Następnie z powodu ogólnonarodowego kryzysu ustrojowego Zgromadzenie Narodowe w nadzwyczajnym posiedzeniu uchwala wprowadzenie stanu wyjątkowego, w którym rząd, ministrowie, urzędnik pełniący obowiązki prezydenta będą mieli prawo stanowić przepisy z mocą ustawy. Jedna z takich ustaw przewiduje odroczenie w czasie wyborów o dwa lata, z uwagi na możliwość ingerencji w ich wyniki obcych specsłużb.

Czy jeśli z roku na rok coraz więcej słyszy się głosów jak to nie warto głosować, bylibyśmy w stanie jako naród przeciwstawić się na pozór legalnie działającej władzy? Czy jako obywatele, Polacy dali byśmy radę – różnymi metodami – zmusić organy do: ustabilizowania sytuacji, wyeliminowania szans wpływu na wybory specsłużb obcych państw, przeprowadzenia rzetelnych wyborów? Katastrofa smoleńska już raz się wydarzyła, potwierdziliśmy się jako suwerenne państwo na arenie międzynarodowej. Czy warto dawać sygnał obcym krajom, że wielu Polaków ma w dupie tą swoją jedyną szansę skutecznego wyrażenia własnego zdania? To jest wyobrażenie którego nie powinniśmy bagatelizować.

Naturalnie istnieje dyskusja nad właśnie skutecznością obecnego systemu wyborczego. Kiedyś i środowisko WRO miało swój w niej udział. Z mojego skromnego doświadczenia wynika, że jak się głosuje na Jana Nowaka to głos dostaje Jan Nowak – w głosowaniach do rad gmin, miejskich, powiatów, sejmików i parlamentu. Co mniej obeznanych może mylić istota progu wyborczego, którego, jeśli komitet nie przekroczy, to nikt z jego list nie trafia do „żłoba”. Musi być jakiś filtr, który odsieje małe ugrupowania, które blokują swoimi partykularyzmami sprawną leglislację. Skądinąd są one często potrzebne i doniosłe, ale etapem na klarowanie z nich doktryn jest szara lokalna codzienność, a nie sesje rad, posiedzenia sejmików, parlamentu. Jak niestabilna może być sytuacja przy dużym rozdrobnieniu organu ustawodawczego doświadczyliśmy po wyborach w 1991 roku, gdy upadł całkiem konkretny rząd Jana Olszewskiego. W każdym razie obecny system jest całkiem spoko. I warto z niego korzystać, bo kiedyś może się okazać, że nieopatrznie ktoś nam tę możliwość odbierze.

Mojego porannego rozmówcę przekonałem. Taka drobna sugestia – warto w tych wyborach – zadbać o czytelne oznaczanie kandydatów na kartach żeby nie pozostawiać komisjom wyborczym wątpliwości na kogo jest oddany głos. Oznacza to także, że lepiej zagłosować nawet na kogoś kogo się nie zna, niż wrzucać głos ważny, ale bez oznaczenia kandydata. Ale myślę, że o tym jeszcze przed wyborami napiszę.

Ruch przygraniczny populizmu…

… nabiera moim zdaniem na sile. Przygotowując się dziś rano do pracy, usłyszałem w telewizji ‚egzorcyzmującą nagonkę’ jakoby minister środowiska w ostatnich latach nie zrobił nic, aby w przeciwdziałać smogowi zalegającemu nad naszym nieszczęśliwym krajem. Fatalnie.

Czy Redakcja chciała zwrócić uwagę na problem zanieczyszczenia środowiska? Czy może jest to kolejny element kampanii wyborczej? Obawiam się, że chodzi o to drugie, i jest to kolejna manifestacja populizmu. Ponieważ na pewno w imię ochrony polskiego powietrza miliony ludzi przyczyniających się do niskiej emisji, na wieść o alarmującym jej wskaźniku, zaczną likwidować domowe piecyki, i rezygnować z palenia śmieciami. Szczególnie jeśli nie mają na inny opał, no albo dziwnym trafem nie stać ich na przyłączenie do sieci ciepłowniczej pobliskiego miasteczka. Którego ciepłownia spełnia przecież rygorystyczne normy ochrony powietrza.

Redaktorzy nie krytykują swoich widzów, ponieważ widzowie są ich klientami. No a klient płaci, lub ogląda reklamy, za które płaci ktoś inny. Redaktor stojąc przed kamerą, nie rzuci hasła: ‚ciekawe ilu z naszych widzów rzetelnie segreguje śmieci?’. Swoją drogą takie pytania nie padają również w kościele. A przecież akurat to od nas zależy segregacja. I powinniśmy to robić nawet jeśli posegregowane worki zabiera jedna śmieciarka. Nie oglądam telewizji i nie słucham radia, bo nie mówi się w nich o tym, co jest naprawdę ważne. Mówi się o tym, czego chcą widzowie. Niestety. I to nie chodzi o ‚wolne’ czy ‚komunistyczne’ media. Chodzi o prawdę.

Tak jak jeden premier rządu RP powiedział, cytując nota bene wielkich ludzi tego Świata, że żyjemy w czasach globalnego resetu, tak ja uważam, że coraz częściej stąpamy na granicy populizmu, nie dbając o prawdę odzwierciedlającą rzeczywistość. Dociera do nas masa informacji w przygłupich debatach w formie sprzeczki, których informacji nie jesteśmy w stanie przeanalizować. Co mniej wytrwali Polacy siadają przed telewizorem, bo nie mają nic innego do roboty. Zawód ‚szlifiarz pilotów sterowania kanałami’. A wybory się zbliżają. Ciekawe jak frekwencja przełoży się na ich wynik.

Właśnie tego obawiał się Vito Corleone…

… co obejrzałem w filmie o Pablo Escobrarze. Czytelnik powie, że za dużo naoglądałem się filmów… Ale zastanówmy się nad logiką fikcyjnej postaci Dona Corleone. W filmie Coppoli w czasie spotkania rodziny Corleone z Virgilem Sollozzo tytułowy Ojciec Chrzestny odmawia zaproszenia do biznesu narkotykowego. Powód jest banalny i prozaiczny: to brudny i niebezpieczny interes, który ich zniszczy. Jednak pozostałe grube ryby nowojorskiego świata biznesu widzą tylko perspektywę zysku z handlu nowym towarem. Akcja filmu to przełom lat 40. i 50. Ciekawe jaka byłaby ich decyzja, gdyby obejrzeli „Kochając Pabla”…

Sollozzo zaoferował Vito Corleone 3-4 miliony dolarów zysku tylko w pierwszym roku działania biznesu narkotykowego (później więcej) za wkład kapitałowy w gotówce o wartości miliona dolarów oraz ochronę prawną i polityczną interesu zapewne także dzięki osobistym przyjaźniom Dona Corleone. Wkład jest ogromny jak na ówczesne czasy, a zyski jeszcze większe. Musiało to brzmieć kusząco nawet dla samego Vita. Przecież oprócz tego, że był mordercą (choćby Don Ciccia), był także biznesmanem. A jednak Corleone jest przekonany, o destrukcyjności biznesu… Nie jest przeciwnikiem narkotyków: zdaje sobie sprawę, że zapewne tak jak hazard, kobiety i alkohol, narkotyki staną się tym, co ludzie (w rozumieniu społeczeństwo) będą pragnęli zdobyć.

Ciekawe czy w zamyśle Coppoli i Puzo Vito miał świadomość, jak głęboko narkotyki, uzależnienie od nich jest w stanie wyniszczyć człowieka, odebrać mu bezpowrotnie zdolność podejmowania nieirracjonalnych decyzji, a w końcu zniszczyć mu życie, pozbawić go życia. Summa summarum pomniejszyć grono nabywców…
Ciekawe czy w zamyśle Coppoli i Puzo Vito miał świadomość, że wcześniej czy później biznes narkotykowy odbije się echem na scenie politycznej. Chyba tak, skoro podczas spotkania Pięciu Rodzin, Corleone mówi wprost, że politycy przestaliby być życzliwi, gdyby się okazało, że oczekuje się od nich „wsparcia” ustawodawczego narkobiznesu.

Wszystkie wyżej wymienione elementy, a także więcej zostało zaprezentowanych w „Kochając Pabla”. Twórcy filmu ukazują już dojrzały biznes narkotykowy, ze strukturą jego „pracowników”: żołnierzy, bossów, ludzi do zadań specjalnych, księgowych itd. Jest klimacik, czuć flow. A przecież Escobar dorobił się milionów sprzedając narkotyki w swoim kraju… film byłby głupi, gdyby na dole pojawiły się statystyki wzrostu uzależnień w latach rozkwitu biznesu. Do mnie nie dotarło, że sterty śmieci, które przykrywają Bogote, są przecież pokłosiem obojętności, którą nabiera społeczeństwo. Po co sprzątać, skoro można sobie strzelić kreskę, żeby nie czuć smrodu? Doceniamy jako widzowie, że Escobar stawia bloki dla tych, którzy nie mają gdzie mieszkać… Ale czemu Escobar nie tworzy firmy, która zacznie segregować odpady? Film straciłby urok…

Główny bohater w filmie jest przedstawiony przede wszystkim jako osoba skuteczna. Wytycza i osiąga cele. Jeśli politycy (jak przewidywał Corleone) nie pozwalają rozwinąć skrzydeł narkobiznesowi, należy wziąć się za politykę. Ale jak Escobar może wygrać wybory? Kupując polityków. Wszystkich. Wyobrażam sobie to na naszej scenie, polskiej: PiS, PO, Nowoczesna, PSL, Lewica, KOD i jakiś inny plankton wzięli kasę na kampanię od prostego Pawła Nowaka z Wołomina czy Pruszkowa… Oczywiście w Kolumbii wszystko jest trochę bardziej toporne i ilość kasy wpompowanej w kampanię naprawdę pozwala wygrać wybory. Escobar zasiada w sali posiedzeń parlamentu. Ta sytuacja jest o tyle groźna społecznie, że jeden człowiek zyskuje przyzwolenie na wszystko, bo jest dysponentem tego, co większość ludzi pragnie (jak mówił Corleone). Wobec tego może sobie ich łatwo podporządkować czytaj sterować wynikiem wyborczym. A to politykom się już bardzo nie podoba.

W między czasie Escobar podbija rynki USA, interes kręci się jak nigdy. Ale tęgi mózg polityczny (jak przewidywał Corleone) tzn. ówczesny prezydent Reagan wypowiada wojnę baronowi narkotykowemu. Rozpoczyna się gra, w której stawką jest już nie pomyślność interesów, ale życie głównego bohatera. Rozpoczyna się polowanie na zwierzynę, która ma pazury, zęby i ogromną siłę. Śmieszyło mnie, że Escobar sam dał się złapać… a potem zdecydował, że ucieka i uciekł. Skuteczność nieziemska. Czy na pewno? Escobar kończy martwy na dachu jakiegoś bloku, ustrzelony podczas próby ucieczki… jak zwierzę ucieka przed łowcą. Czy Vito Corleone mógł być świadomy, że może skończyć w podobny sposób?

Po obejrzeniu filmu utrwaliłem moje przekonanie, że narkotyki powinny być zalegalizowane. Nie dlatego, żeby ułatwić ich dystrybucję i ogłupiać społeczeństwo, ale po to żeby ułatwić ściganie przez organy państwa nielegalnie nim obracających, oswoić ludzi z tym ogromnym niebezpieczeństwem, nauczyć ich rozpoznawać zagrożenia, uświadomić, czym może się stać ich życie, jeśli przekroczą granicę. Bez chłodnej oceny urzędników co jakiś czas – jak grzyby po deszczu – będą wyrastać mniejsi lub więksi baroni narkotyki. W lokalnych społecznościach niestety także ich nie brak, ponieważ handel towarem, to taki sami biznes, jak sprzedaż warzyw na targu. Można się na nim bogacić. Więc czemu taki zysk ma być nieopodatkowany? Poza tym nie każdy jest Donem Corleone, który umie odmawiać tak samo, jak składać oferty nie do odrzucenia.

P.S. Osobnym, nieco ginącym w tle silnej postaci Escobara jest postać jego kochanki. Dramat życia tej kobiety rozpoczął się zapewne nieświadomie w chwili zgody na wywiad z Pablem Escobarem. Czy ja na jej miejscu zgodziłbym się taki wywiad przeprowadzić? Chyba nie mogę powiedzieć, że nie… Virginię Vallejo pociągnął portfel, siła, skuteczność, nieograniczoność jakże złudna.